bandhand.io
Prywatny odsłuch: co naprawdę mówią liczby
Wysłaliśmy EP-kę kilkunastu osobom na prywatnych stronach odsłuchowych i zmierzyliśmy wszystko. Trzy wnioski, które zmieniły sposób, w jaki czytamy te dane - i jeden fałszywy sygnał, który wygląda jak kliknięcie.
Zrobiliśmy to na własnym zespole. Zamiast wysyłać ludziom z branży link do folderu w chmurze albo plik na mailu, każdy dostał własną stronę: jego imię na górze, cztery kawałki, odtwarzacz i nic poza tym. Każda strona mierzy, co się na niej wydarzyło. Otwarcie, włączenie utworu, postęp co dwadzieścia pięć procent, dosłuchanie do końca.
Po dwóch tygodniach mieliśmy komplet danych z kilkunastu takich stron. I to, czego się z nich dowiedzieliśmy, było w połowie nie tym, czego się spodziewaliśmy.
Większość ludzi otwiera i nie włącza
To jest pierwszy fakt, z którym trzeba się pogodzić, zanim zacznie się czytać cokolwiek innego. Na kilkadziesiąt wejść na strony odsłuchowe przypadła garstka odtworzeń, a dosłuchań do końca można było policzyć na palcach jednej ręki.
To nie jest porażka kampanii. To jest normalna proporcja i lepiej ją znać, niż się nią zaskakiwać. Człowiek dostaje link, klika, bo jest ciekawy, widzi, że to cztery utwory po trzy i pół minuty, czyli kwadrans jego życia, i odkłada na później. Później czasem przychodzi, a czasem nie.
Praktyczny wniosek jest taki, że samo otwarcie nic nie znaczy i nie ma sensu budować na nim nadziei. Jeśli ktoś otworzył i nie włączył, to nie jest sygnał „nie podobało się”. To sygnał „nie miał teraz czasu”. Druga wiadomość do takiej osoby ma sens i nie jest nachalna. Druga wiadomość do kogoś, kto dosłuchał trzech kawałków do końca, ma sens zupełnie inny, bo wiadomo, że materiał go wciągnął.
Numer jeden na liście zawsze wygrywa
Tu była niespodzianka, a właściwie lekcja pokory. Patrzyliśmy na statystyki i widzieliśmy, że jeden utwór ma wyraźnie więcej odtworzeń niż pozostałe trzy. Przez chwilę czytaliśmy to jako „ten się ludziom najbardziej podoba”.
Potem ktoś zapytał, w jakiej kolejności są na stronie. No właśnie w takiej. Ten utwór był pierwszy na liście, na każdej stronie, u każdego odbiorcy. Ludzie klikali play na górze, bo tak się klika.
Kiedy odrzuciliśmy samą liczbę włączeń i spojrzeliśmy tylko na dosłuchania do końca, obraz się odwrócił. Dwie jedyne osoby, które cokolwiek skończyły, skończyły ten sam, zupełnie inny utwór. Nie ten z największą liczbą kliknięć.
Z tego płyną dwie rzeczy. Po pierwsze, liczba odtworzeń przy czterech utworach na jednej stronie mierzy pozycję, a nie preferencję, i trzeba ją czytać z tą poprawką. Po drugie, jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, który numer broni się najlepiej, to albo ustaw kolejność świadomie i miej tego świadomość przy czytaniu wyników, albo pytaj wprost. Jedno zdanie na stronie, „napisz mi, który byś dał na singiel”, daje więcej niż tydzień patrzenia w wykresy.
Fałszywe kliknięcie, które wygląda jak prawdziwe
Ten jest najbardziej podstępny i wart osobnego akapitu.
Wysyłasz komuś link w wiadomości na komunikatorze. Kilka sekund później w statystykach pojawia się otwarcie tej strony. Wygląda idealnie: wysłałeś, od razu kliknął, zainteresowany.
Tyle że to nie on. To platforma sama pobrała stronę, żeby zrobić podgląd linku w oknie rozmowy, ten mały kafelek z tytułem i obrazkiem. Robot wchodzi na adres natychmiast po wysłaniu i zostawia w logu dokładnie taki sam ślad jak człowiek.
Rozpoznasz go po trzech rzeczach. Wchodzi w sekundach po wysłaniu wiadomości, a nie po kilkunastu minutach. Przychodzi z puli adresów należących do tej platformy, nie od operatora domowego czy komórkowego. I nigdy nie włącza odtwarzacza, bo robot nie słucha muzyki.
Policzyliśmy takie wejścia wstecz i okazało się, że mieliśmy ich w statystykach kilka, w tym jedno sprzed kilku dni, które wtedy ucieszyło nas zupełnie bez powodu. Odfiltrowaliśmy je i od tamtej pory raport pokazuje je w osobnej sekcji, podpisanej wprost: to nie jest człowiek.
Jeśli mierzysz swoje linki samodzielnie, zrób u siebie to samo. Inaczej przy każdej wysłanej wiadomości dostajesz jedno otwarcie w prezencie i powoli zaczynasz wierzyć, że ludzie reagują lepiej, niż reagują.
Adres z nazwiskiem to nie jest adres prywatny
Ostatnia rzecz jest nie o liczbach, tylko o tym, co przy okazji wystawiasz światu.
Każda strona odsłuchowa ma adres z nazwiskiem albo pseudonimem odbiorcy. Nasze mają w nagłówku metatag, który mówi wyszukiwarkom, żeby tej strony nie indeksowały, i to jest oczywiste. Mniej oczywiste jest to, że sama mapa witryny, czyli plik, który serwis generuje automatycznie i wystawia publicznie, potrafi wymienić te adresy wszystkie naraz.
Zdarzyło nam się dokładnie to. Dwie świeżo utworzone strony wpadły do mapy witryny, bo system domyślnie dodaje tam każdą nową stronę. Przez kilkadziesiąt minut każdy, kto otworzył ten plik, mógł zobaczyć listę nazwisk ludzi, do których piszemy.
Blokada indeksowania chroni przed Google, nie przed ciekawskim. Jeśli robisz takie strony u siebie, sprawdź nie tylko metatag, ale też mapę witryny, i zrób to po utworzeniu strony, a nie zamiast.
Co z tego wynieśliśmy
Trzy zdania, które powtarzamy sobie przy każdej kolejnej wysyłce.
Otwarcie to nie jest zainteresowanie, tylko ciekawość, i zwykle kończy się na niej. Dosłuchanie do końca to jedyna liczba w tym zestawie, która naprawdę coś znaczy, i dlatego warto mierzyć postęp, a nie samo kliknięcie play. A jeśli jakaś liczba wygląda zbyt dobrze, to zanim się ucieszysz, sprawdź, czy przypadkiem nie patrzysz na robota.
Wszystkie wpisy